6.
Aspirant Dzięcioł zadumał się, patrząc na stertę dokumentów piętrzącą się przed nim na biurku niczym Wieża Babel. Jeszcze nie tak dawno był młodym, pełnym idealizmu funkcjonariuszem. Kto by pomyślał, że oto znajdzie się w najtajniejszej z tajnych jednostek – w dodatku kompletnie przywalony papierami? Jak to właściwie się stało, że tu trafił…? Uśmiechnął się do wspomnień.
Pięć lat temu czerwiec był wyjątkowo mokry i nieprzyjemny. Dzięcioł, wówczas jeszcze zwykły szeregowy policjant, jak zwykle miał pecha: przydzielono go do poszukiwań zaginionego chłopca, Jacka. Jacuś wyszedł z domu popołudniu i nie wrócił na noc; spanikowani rodzice odchodzili od zmysłów. Policja zwarła przerzedzone urlopami szeregi i przystąpiła do poszukiwań. Dzięcioł wraz z kilkudziesięcioma kolegami ruszył w teren.
- Dlaczego zamiast bagien nie ma tu na przykład słonecznej plaży? – pytał z przekąsem, brodząc po kolana w lepkim błocku.
Przeczesali okoliczne lasy, łąki i mokradła, wspierani nowoczesnym sprzętem. Przeszli wiele kilometrów, wypili ocean kawy z termosów – zaginionego Jacusia nie znajdując jednak ani śladu. Wszyscy myśleli o najczarniejszych scenariuszach, od uprowadzenia rozpoczynając. Zmordowany Dzięcioł wrócił do domu, umył się szybko i raczej pobieżnie, po czym rzucił na łóżko.
Z samego rana obudził go telefon. Dzwonili zwierzchnicy.
- Starszy posterunkowy Dzięcioł, pobudka! – usłyszał w słuchawce. – Mamy informację od świadka, który rzekomo widział dzieciaka w jakiejś rezydencji pod miastem! Zaraz podam ci adres, zbieraj się i śmigaj! Po drodze zgarnij Kowalczyka i Nowaka, pojedziecie we trzech.
Chcąc nie-chcąc, prawdę mówiąc zdecydowanie bardziej nie-chcąc, Dzięcioł zapakował się więc do samochodu i ruszył we wskazane miejsce, po drodze zabierając równie zaspanych kolegów. Zatrzymali się pod bogatą rezydencją, przypominającą raczej baśniowy pałac, niż podmiejską willę dorobkiewicza. Dzięcioł nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej ją widział, a zdarzało mu się bywać w okolicy.
Zadzwonił do bramki. Drzwi otworzyły się po dłuższej chwili. Stanął w nich nie kto inny, jak zagubiony Jacuś. Wyglądał identycznie, jak na zdjęciach rozwieszanych na słupach.
- Jacek, prawda? – Dzięcioł uśmiechnął się grzecznie. – Wiesz, że twoi rodzice się martwią?
- Ojej – zmartwił się. – Zupełnie zapomniałem. No tak.
Funkcjonariusze weszli do środka, zaproszeni przez chłopca. Dzięcioł pamiętał, że bał się wówczas, iż może to być pułapka. Prawda okazała się znacznie bardziej niesamowita.
Wewnątrz było chyba więcej zabawek, niż w Disneylandzie. Jacuś z dumą oprowadzał zaskoczonych policjantów po przestronnych wnętrzach, z których każde co do jednego wyglądało jak wymarzony pokój dziecięcy. Nie było tu nikogo dorosłego.
- To wszystko moje – z dumą podkreślił maluch.
- Ale jak to… - wykrztusił Dzięcioł. – Skąd to się wzięło?
Jacuś wzruszył ramionami.
- To proste. Znalazłem kwiat paproci.
Długo zajęło funkcjonariuszom przekonanie chłopca, że nagłe pojawienie się tak drogiej rezydencji może sprowadzić spore kłopoty na głowy jego rodziców, którzy swoją drogą bardzo się martwią i chyba dobrze byłoby do nich wrócić. Dzięcioł wspiął się na wyżyny umiejętności negocjacyjnych i sam już nie pamiętał, jakim cudem udało się małego przekonać. W każdym razie, już godzinę później rodzice Jacusia nie posiadali się ze szczęścia.
Następnego dnia Dzięcioł odbył miłą rozmowę z przełożonym, który docenił jego postawę i wkład w pomyślne zakończenie sprawy. Wręczył mu też kopertę, w której jednak, ku niejakiemu rozczarowaniu Dzięcioła nie było ani banknotów, ani nawet bonów – tylko informacja o przeniesieniu do tajnej jednostki ds. walki z przestępczością mitologiczną i legendarną, do której miał wyjątkowo pasować. Pamiętał rozpierającą go wówczas dumę.
I tak się to właśnie zaczęło, pomyślał melancholijnie, zabierając się za lekturę sto pierwszego archiwalnego raportu.
© 2012 – KwiatPaproci.pl